July 19, 2010
-
wymioty
Siedziałam w pustym, nieposprzątanym, pokoju o krzywych, lepkich ścianach, na pobrudzonej krwią menstruacyjną mojej siostry, czarnej kanapie. Czytałam jedną z moich ulubionych książek przy rzucającej o kształcie i kolorze różowej świni światło, zakurzonej lampie. Moje kolana miażdżyło rude, solidne kocisko rozglądając się za drugim, czarno białym. Mijały godziny. Mijały.
DŹWIĘK! Usłyszałam przeciągły, niemający końca dźwięk. Dźwięk, jakiego nigdy nie słyszałam-obcy. Bezpański. Wstrząsający. Z rozdętym i sztywnym z zaskoczenia ciałem oraz nieruchomym ze strachu karkiem spojrzałam w dół, na podłogę, na czarno białego kota. Zapytałam co się dzieje. Kot nie przestawał wydobywać z siebie przerażającego odgłosu. Nie odpowiedział. Roztrzęsiona, nie mogąc się poruszyć, jak zahipnotyzowana patrzyłam na kota, który w niepokojącym transie, nie ruszając kończynami, tak, jakby na środku grzbietu przybito go gwoździem do podłogi… Bardzo, bardzo powoli zaczął się obracać.